Malarstwo
Menu
menu

 

„Ponieważ wyobraźnia stworzyła świat, ona nim rządzi”

Charles Baudelaire

 

Istnieją miejsca poza światem, do których docierają tylko nieliczni. Rzeczywistość postrzegana jako ciągi zdarzeń, istnienia obiektów z przypisanymi im znaczeniami, czas, określone schematy myśleniowe nie mają tu swojej racji bytu. Z przestrzeni nadrealnych wynurza się rodzaj tajemnicy, ziemia nieznana, której z racji na sens jej istoty nie spodziewaliśmy się spotkać. Stoję „twarzą w twarz” z obrazami Doroty Meinhardt. Tylko tak tą sytuację, rodzaj spotkania, ewentualną szansę dialogu można nazwać, czy może raczej próbować określić. Każda inna opcja grozi zafałszowaniem, dysharmonią, poddaniem się „nie prawdzie”. Uniesiona ręka malarki ostrą czerwienią znaczy drapieżną plamę na bladoróżowym tle spotkanym z granatami złamanymi czernią bezwzględną tła martwej natury. Fiolety kwiatów, żółcienie cytryn, błękit wazonu określone, wynikłe wprost z niepokojów ekspresji. Gest malarskiego rysunku przestaje określać jakąkolwiek formę, staje się formą samą w sobie. Każdy szczegół, każdy kształt mają znaczenia dla tego rodzaju wyobraźni i wrażliwości, które niepodzielnie dyktują każdą z linii i barw.

„Rzeka wspomnień” – poszarpana ekspresyjna struktura rysunku z zaznaczonym obrysem postaci, jakby nagle zatrzymanych, zamarłych w ruchu. Plamy barwne zderzone z ciężką dominującą płaszczyzną przestrzeni, w centrum której funkcjonują, przestrzeni zaledwie lekko uniesionej światłem i prowadzonej zmianą akcentów, tonów i napięć. „Pożar” – jedna chwila zdominowana niepodzielnie siłą emocji. Ruch, niepokój, rodzaj wewnętrznej walki toczącej się „w obrazie”. Jednocześnie pewny, dojrzały, stanowczy ruch pędzla i znakomite wyważenie środków wyrazu. Przychodzą na myśl słowa F. Bacona będące impresją poematu T.S. Eliota „Pieśń miłosna” – „malarstwo jest jak wzór własnego układu nerwowego wyświetlonego na ekranie”.

Sztuka Doroty Meinhardt osadzona w wielkim dys- tansie w stosunku do otoczenia, pozbawiona w swo- jej naturze, jądrze, potrzeby postrzegania zewnętrzności traktowana być winna w tym aspekcie ze szczególną uwagą. Jeśli artystka w jakikolwiek sposób nawiązuje dialog ze światem zdarzeń, obiektów czy postaci istniejących, to wyłącznie podyktowane jest to poszukiwaniem właściwej formy dla własnych wizji.

Pejzaże, martwe natury, akty oddziałują niezwykle silnie poprzez wpisany w nie spontaniczny gest, identyfikacyjny malarski znak abstrakcji. Nieograniczona niczym ekspresja jest wyrazem dla emocji i uczuć, niemożliwych do odnalezienia, ani tym bardziej obnażenia w spotkaniu z ludźmi. Wrażenia, doświadczenie jednego ułamku chwili, które powierzone słowom straciłyby na swoim znaczeniu, możliwe jedynie do wyrażenia poprzez powierzenie siebie – kobiety, artystki obrazom, sztuce, malarstwu.

Na płótnach toczą się swoiste batalie – światło przeciwko ciemności, ton zderzony z tonem. Szeregi postaci, złamane samotne figury, kobiety, święci, anioły, pejzaż z żarem słońca, czerwień trumiennych pudeł. Artystka zawierzając niepodzielnie barwom, oddaje im w posiadanie całą swoją naturę zyskując w ten sposób dostęp i umiejętność poruszania się w nieograniczonych przestrzeniach harmonii malarskich. Jej myślenie dociera tak daleko, że w pewnym momencie tracę poczucie istnienia innych środków wyrazu, zdolności przekazywania wrażeń emanujących z obrazów niż te, które są wynikiem zespolenia samej, głęboko indywidualnej natury płótna z wewnętrzną strukturą, czymś w rodzaju pajęczej sieci doznań i magii myślenia artystki. Co szczególne jest dla tej twórczości, to rodzaj szczególnej dynamiki płócien wykraczający daleko poza przyjęte granice pojęcia ekspresji. Z jednej strony są one lekkie i subtelne, z drugiej obdarzone ciężarem wręcz przygniatającym. Odnoszę wrażenie jakby wszystko, cały ten malarski świat sterowany tajemniczą siłą posiadł rodzaj zdolności wykonania w każdym momencie ruchu, magicznego obrotu wokół własnej osi, zawirowania wynikiem których będzie przeistoczenie, przebudowanie obrazów.

Spokój pracowni Doroty Meinhardt, jej domowych wnętrz stanowi swoisty azyl dla przemyśleń, uczuć, inspiracji. A jednocześnie płótna – „Dzień pierwszy”, „Dziewczynka na huśtawce”, „Klif” – zagrożenia samotności o nieokreślonych i niemożliwych do nazwania granicach. Oko artystki nieomylne w doborze każdego tonu, plamy barwnej. Intuicje, spontaniczność malarskiego gestu sprawiają docieranie kompozycji wprost do naszej psychiki. Pojawia się rodzaj indywidualnego spotkania malarz – widz.

Artyści kreują sztukę, malarstwo Doroty Meinhardt jest jak oddech, nad którym unoszą się gdzieś w przestrzeniach skrzydła aniołów. Ręka, ruch pędzla sprzężone z rytmem obrazu, nastroje dynamiki malarskiej oddziałujące rodzajem muzyczności znakomitych kompozycji.

Jeśli malarzem kieruje wyobraźnia, która, jak pisze Baudelaire, „jest spokrewnioną z nieskończonością królową prawdy i pełni w obrazie rolę dominującą i naczelną” nie jest rzeczą właściwą postrzeganie jego twórczości poprzez konteksty, szkoły, przestrzenie sztuki czy fascynacje, które były jego doświadczeniem i udziałem. Jeśli piękno dociera do nas niezależnie od postaci jaką przybiera, jaki jest sens pozbawiania go tajemnicy poprzez próby odczytywania symboli, znaków, zdarzeń emanujących z płócien. Dorota Meinhardt żyje, myśli, odczuwa w sposób dla sztuki jedynie właściwy, mianowicie jak mawiał Cézanne „z paletą w ręce”.

Świat, który nas otacza, czas, w którym znaleźliśmy się w tym momencie nie są łatwe ani dla ludzi, ani dla sztuki. Bardzo łatwo jest popaść w wewnętrzne dysharmonie, dokonać wyborów prowadzących do nikąd. Grozi to zarówno tym, którzy zajmują się twórczością w bardzo szerokim jej rozumieniu, jak również tym, którzy na dalszych lub bliższych orbitach tej twórczości pozostają. Z jednej strony kieruje nami nieodparta potrzeba znalezienia równowagi i pewnego rodzaju prawdy uniwersalnej, z drugiej poszukujemy przestrzeni na obszarach, których zaznaczone, w pewien sposób nazwane są niepokoje, sprzeczności, zmagania, jakie stały się naszym udziałem. W tych kontekstach twórczość Doroty Meinhardt nabiera szczególnego wyrazu. Prawdopodobnie bardziej za sprawą intuicji i wrażliwości (jak wiemy czynników jedynie słusznych) niż wyborów grożących zawsze doktrynerstwem powstaje za sprawą wystawy obraz pozwalający nam na szczególny rodzaj utożsamienia i zatrzymania w czasie. Wielokrotnie spotkałam się z określaniem sztuki polskiej, a w tym szczególnie krakowskiej mianem zbyt tradycyjnej, hermetycznej, w pewien sposób nie prowadzącej dialogu ze współczesnymi zdarzeniami. Ten szczególny rodzaj„ filozofii”, sposób negacji zanurzonej w samej sobie i tylko dla siebie istniejącej w sposób co najmniej groteskowy próbuje postrzegać dokonania artystyczne poprzez w gruncie rzeczy nie istniejącej estetyki nowoczesności. Analizuję, staram się dotrzeć do natury twórczości Doroty Meinhardt z perspektywy nowojorskiej. Miasta, a raczej bardzo szczególnego miejsca na świecie, które jak magnes przyciąga i skupia prawdopodobnie wszystkie istniejące artystyczne trendy i zjawiska. Gdzie sztuka ma tak wiele znaczeń, obrazów, symboli i form, że jedyny punkt, w którym zdolna się jest odnaleźć, zidentyfikować to nieograniczona przestrzeń metafizyki. Tej samej, która w sposób całkowicie naturalny jest naczelnym wątkiem, w pewien sposób siłą malarstwa Doroty. Prawdopodobnie najbardziej prawdziwie, a jednocześnie niezwykle pięknie odniósł się do tego rodzaju twórczości Octavio Paz: „wszystko się splata i rozplata; nierzeczywistym staje się to co nazywamy życiem, nierzeczywistym to co nazywamy śmiercią, jedyną rzeczywistością jest płótno”.

Małgorzata Bolek–Gawin Nowy Jork, 2016